mardi 31 décembre 2013

Dlaczego jesteśmy przeciwko Ameryce

Dlaczego jesteśmy przeciwko Ameryce




Ponieważ Ameryka jest wrogiem geopolitycznym


Kiedy w 1823 r. Ameryka ogłosiła doktrynę Monroe, dążyła do wyparcia mocarstw europejskich z Nowego Świata i zastąpienia ich w Ameryce Łacińskiej. Była to słuszna walka. Ale nie skończyła się ona na polityce zdominowania półkuli zachodniej, na której rozwinięta Północ chciała zorganizować mniej rozwinięte Południe. Wbrew doktrynie Monroe Ameryka interweniowała na Dalekim Wschodzie i w Europie, aby zapobiec procesowi jednoczenia kontynentu dokonywanego w tych regionach świata. Z izolacjonistycznej Ameryka stała się interwencjonistyczną, internacjonalistyczną, globalistyczną. Rozerwała oś północ-południe, powodując konflikty na linii wschód-zachód. A wszystkie spory na linii wschód-zachód prowadzą do konfliktów i wojen domowych wewnątrz cywilizacji. Dla nas, przyszłość leży w kooperacji eurafrykańskiej na osi północ-południe z Rosją jako częścią Europy i południem jako kierunkiem migracji oraz pokojowej synergii skoncentrowanej wokół Japonii, gdzie migracje i koncepcje kulturowe również skierowane są ku południu.

Ponieważ Ameryka jest wrogiem wewnętrznym


Ameryka jest obecna wśród nas za sprawą sprawowania władzy nad naszymi państwami przez partie proamerykańskie. Ameryka zawsze wykorzystywała skorumpowane elity społeczne do zainstalowania swojej władzy. Świadczą o tym zarówno przypadki Wietnamu jak i państw Ameryki Łacińskiej. Ale czy zasada ta nie jest prawdziwa także w odniesieniu do Europy? Walka z Ameryką oznacza walkę z elitami, które wynoszą ekonomizm do rangi cnoty kardynalnej. Zapomniały one, że polityka wymaga innych zalet, zaś legitymizacja winna być zdobywana w oparciu o pamięć historyczną, a nie zadowolenie z chwili obecnej. Partie proamerykańskie skupiają ludzi, którzy w pogoni za krótkoterminowymi korzyściami zatracili poczucie tego, czym jest państwo i obowiązek polityka. Polityce krótkoterminowych zysków przeciwstawiamy długoterminową pamięć historyczną.

Ponieważ Ameryka jest wrogiem kulturowym


Stany Zjednoczone oparte są wyłącznie na liberalizmie i indywidualizmie, które przeciwstawiają kulturom, których korzenie sięgają setek, a nawet tysięcy lat. Indywidualizm i brak pamięci są jej spoiwem. Na całej planecie rozwijające się przez wieku kultury są stopniowo zastępowane kulturą sztuczną, posklejaną z rozczłonkowanych mitów, ubogiej fikcji i odruchów psychologicznych. Ta sztuczna kultura nie wchodzi do Europy i Azji przypadkiem, lecz jest świadomie wprowadzana. Przypomnijmy, co stało się z Francją, kiedy w 1948 r. zgodziła się na nieograniczony import wytworów kultury amerykańskiej, aby nie zostać usunięta z listy państw objętych planem Marshalla. Ameryka jako dominujące mocarstwo prowadzi politykę kulturowego ludobójstwa. Gdy narody zatracą pamięć, dojrzeją – czy raczej staną się wystarczająco zgniłe – do przyjęcia substytutu kultury oferowanego przez Waszyngton. Owa likwidacja pamięci na skalę globalną niesie niebezpieczeństwo uniformizacji, usuwając dużą część potencjału ludzkości.

Ponieważ Ameryka jest wrogiem rodzaju ludzkiego


Ameryka przywróciła w praktyce politycznej i dyplomatycznej pojęcie wroga absolutnego, tj. wroga którego nie wystarczy pokonać, lecz należy go zniszczyć. Każdy naród na świecie może w odpowiednich okolicznościach stać się wrogiem Ameryki. Może wtedy zostać skazany na eksterminację, jak amerykańscy Indianie likwidowani przez odbieranie im ziemi, rozprzestrzenianie chorób i alkoholu i masakry dokonywane przez wojsko. W Europie w wiekach XVIII i XIX, kiedy warunki dyktowały Francja, Anglia, Prusy, Austria i Rosja, nastąpiło dążenie do uczynienia wojny bardziej znośną poprzez należyte traktowanie jeńców, leczenie rannych i zmniejszenie wpływu działań zbrojnych na ludność cywilną. Interwencje Ameryki w konfliktach światowych, zwłaszcza podczas II wojny światowej, doprowadziły do ogromnej liczby ofiar wśród ludności cywilnej (Drezno, Hiroszima, Hanoi, wioski wietnamskie, Panama), ostrzeliwania wycofujących się oddziałów (Kuwejt, Irak) i masowych mordów na jeńcach wojennych. Taka dehumanizacja wojny wywodzi się wprost z amerykańskiego mesjanizmu: jeśli jakiś człowiek lub siła polityczna uznaje się za wyłącznego posiadacza ostatecznej prawdy, nie będzie tolerować odstępstw od swojej woli i ideologii. I wtedy uderza. Okrutnie. Bez oglądania się na innych, gdyż ucieleśniają oni diabła. Mesjanistycznym wojnom USA przeciwstawiamy przywrócenie wojny do mniej absolutnego wymiaru.

Co robić?


W czasach, w których amerykański kapitalizm wydaje się triumfować, można dostrzec rysy i pęknięcia pojawiające się na gmachu tej ideologii. Wewnątrz globalnej gospodarki kapitalistycznej pojawiają się sprzeczności, mimo działań Waszyngtonu do głosu dochodzą różnice wynikające z pamięci historycznych narodów. Gospodarki Japonii i Niemiec pozostają silne, a nawet mocno zamerykanizowane kraje coraz bardziej dostrzegają, że nie można zajmować się tylko chwilą obecną. Wolą działać długoterminowo, niż oddawać się „indywidualnemu wyborowi” lansowanemu przez amerykański styl życia. Ci, którzy nie oglądali się na Reagana i Thatcher i zaczęli działać już dziesiątki lat temu, będą mogli korzystać ze swoich sukcesów. Japońska edukacja, oszczędności Niemiec i krajów skandynawskich czy przywiązanie dużego znaczenia do kształcenia zawodowego przez Niemcy wzmacniają te kraje i okazują się bardziej zyskowne od amerykańskiej ekonomii i potęgi budowanej na kredyt. Ameryka nie inwestowała w edukowanie pracowników, nie posiada korzeni dających stabilizację, tamtejsi uczniowie są analfabetami nie potrafiącymi opanować nawet uproszczonej wersji języka angielskiego. Mieszkańcy Ameryki uzależniają się od konsumpcji i wydają więcej niż zarabiają, by zabić napięcie wytwarzane przez życie w kraju bez korzeni. Rzekome sukcesy w Panamie czy podczas wojny w Zatoce Perskiej nie zmienią tych faktów. My Europejczycy musimy przyjąć reński model kapitalizmu, ponieważ mimo swoich niedostatków wciąż wykazuje on dążenie do stawiania na edukację, inwestowania w badania naukowe i szkolenia, a poprzez oszczędności obywateli łączy przeszłość z przyszłością. Ta niekompletna forma kapitalizmu generuje korzyści dlatego, że zachowuje wartości obce liberalizmowi, rygorystycznie podchodzi do edukacji i nie pozwala na zaślepienie krótkoterminowym zyskiem. Walka z amerykanizacją wymaga wspierania wszelkich dążeń na rzecz wzmacniania oszczędności obywateli, zwiększenia dofinansowania dla edukacji i badań naukowych i skoncentrowania naszej energii na obszarze Europy. Wtedy zyskamy możliwość zatrzymania szaleństw Ameryki wykraczających poza Atlantyk. A tam gdzie zachodzi słońce, powoli lecz nieubłaganie będzie następowała implozja historycznej anomalii zwanej Ameryką.


Robert Steuckers (ur. 1956) – flamandzki teoretyk i działacz polityczny. Początkowo pozostawał pod wpływem Jeana Thiriarta, później związany z GRECE. Od 1994 r. kieruje stowarzyszeniem Synergies européennes.

vendredi 27 décembre 2013

Bibliographie nietzschéenne contemporaine

nietzsche222.jpg


Archives de SYNERGIES EUROPEENNES - 1987



Bibliographie nietzschéenne contemporaine



par Robert Steuckers



Francesco Ingravalle, Nietzsche illuminista o illuminato?,  Edizioni di Ar, Padova, 1981.



Une promenade rigoureuse à travers la jungle des interprétations de l'œuvre du solitaire de Sils-Maria. Dans son chapitre V, Ingravalle aborde les innovations contemporaines de Robert Reininger, Gianni Vattimo, Walter Kaufmann, Umberto Galimberti, Gilles Deleuze, Eugen Fink, Massimo Cacciari, Ferruccio Masini, Alain de Benoist, etc.



Friedrich Kaulbach, Sprachen der ewigen Wiederkunft. Die Denksituationen des Philo­sophen Nietzsche und ihre Sprachstile, Königshausen + Neumann, Würzburg, 1985.



Dans ce petit ouvrage, Kaulbach, une des figures de proue de la jeune école nietzschéenne de RFA, aborde les étapes de la pensée de Nietzsche. Au départ, cette pensée s'exprime, affirme Kaulbach, par «un langage de la puissance plastique». Ensuite, dans une phase dénonciatrice et destructrice de tabous, la pensée nietz­schéen­ne met l'accent sur «un langage de la critique démasquante». Plus tard, le style du langage nietzschéen devient «expérimental», dans le sens où puissance plastique et critique démasquante fusionnent pour af­fron­ter les aléas du monde. En dernière instance, phase ultime avant l'apothéose de la pensée nietz­schéenne, sur­vient, chez Nietzsche, une «autarcie de la raison perspectiviste». Le summum de la dé­marche nietzschéenne, c'est la fusion des quatre phases en un bloc, fusion qui crée ipso facto l'instrument pour dépasser le ni­hi­lis­me (le fixisme de la frileuse «volonté de vérité» comme «impuissance de la volonté à créer») et affirmer le de­­venir. Le rôle du «Maître», c'est de pouvoir manipuler cet instrument à quatre vi­tesses (les langages plas­ti­que, critique/démasquant, expérimental et l'autarcie de la raison perspectiviste).



Pierre Klossowski, Nietzsche und der Circulus vitiosus deus,  Matthes und Seitz, München, 1986.



L'édition allemande de ce profond travail de Klossowski sur Nietzsche est tombée à pic et il n'est pas éton­nant que ce soit la maison Matthes & Seitz qui l'ait réédité. Résolument non-conformiste, désireuse de bri­ser la dictature du rationalisme moraliste imposé par l'Ecole de Francfort et ses émules, cette jeune maison d'é­dition munichoise, avec ses trois principaux animateurs, Gerd Bergfleth, Axel Matthes et Bernd Mat­theus, estime que la philosophie, si elle veut cesser d'être répétitive du message francfortiste, doit se re­plon­ger dans l'humus extra-philosophique, avec son cortège de fantasmes et d'érotismes, de fo­lies et de pulsions. Klossowski répond, en quelque sorte, à cette attente: pour lui, la pensée imperti­nente de Nietzsche tourne au­tour d'un axe, celui de son «délire». Cet «axe délirant» est l'absolu contraire de la «théorie ob­jective» et signale, de ce fait, un fossé profond, séparant la nietzschéité philosophique des traditions occi­dentales clas­siques. L'axe délirant est un unicum, non partagé, et les fluctuations d'intensité qui révo­lutionnent autour de lui sont, elles aussi, uniques, comme sont uniques tous les faits de monde. Cette re­ven­dication de l'unicité de tous les faits et de tous les êtres rend superflu le fétiche d'une raison objective, comme, politiquement, le droit à l'identité nationale et populaire, rend caduques les prétentions des systèmes «universalistes». Le livre de Klossowski participe ainsi, sans doute à son insu, à la libération du centre de notre continent, occupé par des armées qui, en dernière instance, défendent des «théories objectives» et in­terdisent toutes «fluctuations d'intensité».



Giorgio Penzo, Il superamento di Zarathustra. Nietzsche e il nazionalsocialismo,  Armando Editore, Roma, 1987.


On sait que la légende de Nietzsche précurseur du national-socialisme a la vie dure. Pire: cette légende laisse ac­croire que Nietzsche est le précurseur d'un national-socialisme sado-maso de feuilleton, inventé dans les officines de propagande rooseveltiennes et relayé aujourd'hui, quarante ans après la capitulation du IIIème Reich, par les histrions des plateaux télévisés ou les tâcherons de la presse parisienne, désormais gribouillée à la mode des feuilles rurales du Middle West. Girogio Penzo, professeur à Padoue, met un terme à cette légende en prenant le taureau par les cornes, c'est-à-dire en analysant systématiquement le téléscopage entre Nietzsche et la propagande nationale-socialiste. Cette analyse systématique se double, très heureusement, d'une classification méticuleuse des écoles nationales-socialistes qui ont puisé dans le message nietzschéen. Enfin, on s'y retrouve, dans cette jungle où se mêlent diverses interprétations, richissimes ou caricaturales, alliant intuitions géniales (et non encore exploitées) et simplismes propagandistes! Penzo étudie la forma­tion du mythe du surhomme, avec ses appréciations positives (Eisner, Maxi, Steiner, Riehl, Kaftan) et né­ga­tives (Türck, Ritschl, v. Hartmann, Weigand, Duboc). Dans une seconde partie de son ouvrage, Penzo se pen­che sur les rapports du surhomme avec les philosophies de la vie et de l'existence, puis, observe son en­trée dans l'orbite du national-socialisme, par le truchement de Baeumler, de Rosenberg et de certains pro­ta­go­nistes de la «Konservative Revolution». Ensuite, Penzo, toujours systématique, examine le téléscopage en­tre le mythe du surhomme et les doctrines du germanisme mythique et politisé. Avec Scheuffler, Oehler, Speth­mann et Müller-Rathenow, le surhomme nietzschéen est directement mis au service de la NSDAP. Avec Mess et Binder, il pénètre dans l'univers du droit, que les nazis voulaient rénover de fond en comble. A par­tir de 1933, le surhomme acquiert une dimension utopique (Horneffer), devient synonyme d'«homme faus­­tien» (Giese), se fond dans la dimension métaphysique du Reich (Heyse), se mue en prophète du natio­nal-socialisme (Härtle), se pose comme horizon d'une éducation biologique (Krieck) ou comme horizon de va­leurs nouvelles (Obenauer), devient héros discipliné (Hildebrandt), figure anarchisante (Goebel) mais aussi ex­pression d'une maladie existentielle (Steding) ou d'une nostalgie du divin (Algermissen). Un tour d'ho­ri­zon complet pour dissiper bon nombre de malentendus...



Holger Schmid, Nietzsches Gedanke der tragischen Erkenntnis, Königshausen + Neu­mann, Würzburg, 1984.



Une promenade classique dans l'univers philosophique nietzschéen, servie par une grande fraîcheur didacti­que: telle est l'appréciation que l'on donnera d'emblée à ce petit livre bien ficelé d'Holger Schmid. Le cha­pi­tre IV, consacré à la «métaphysique de l'artiste», magicien des modes de penser antagonistes, dont le corps est «geste» et pour qui il n'y a pas d'«extériorité», nous explique comment se fonde une philosophie fon­ciè­rement esthétique, qui ne voit de réel que dans le geste ou dans l'artifice, le paraître, suscité, produit, se­crété par le créateur. Dans ce geste fondateur et créateur et dans la reconnaissance que le transgresseur nietzschéen lui apporte, le nihilisme est dépassé car là précisément réside la formule affirmative la plus sublime, la plus osée, la plus haute.




vendredi 20 décembre 2013

Les Nerother, “anarques” du mouvement de jeunesse


nw310.gifLes Nerother,
“anarques” du mouvement de jeunesse  

[Ci-dessous Karl et Robert Oelbermann en 1917]

oelber10.jpg« La jeunesse allemande libre (Freideutsche Jugend) veut façonner son existence comme elle l'entend, en prenant volontairement ses responsabilités et en pleine conscience des ressorts intimes de son intériorité. Pour l'épanouissement de cette liberté intérieure, la jeunesse est prête à marcher en rangs serrés, quelles que soient les circonstances. » Mouvement de jeunesse audacieux, organisa­teur de randonnées, expéditions et voyages les plus osés, le Nerother Wandervogel, fondé par les frères Robert et Karl Oelber­mann et quelques-uns de leurs amis après la Première Guerre mondiale, fonctionnait selon les principes du “chef” (Führer) et de sa “suite” (Gefolgschaft) — distinction classique dans la sociologie implicite du socialisme propre aux mouvements de jeunesse — et selon les cri­tères de l'amitié et de la fidélité, définis depuis toujours par les mouvements d'adoles­cents, réagissant contre l'égoïsme intrinsèque des sociétés individualistes, libérales et bourgeoises. Les frères Oelbermann avaient réussi à rassembler 1.500 jeunes derrière eux. Leur Bund a incarné successivement des op­tions très diverses, souvent apolitiques.

Le maelström de 1914

Après la fin de leurs études, les 2 jeunes garçons avaient été entraînés dans le mael­ström de la Première Guerre mondiale ; dès 1914, comme la plupart des chefs de mouvements de jeunesse, ils se portent volontaires dans le 7ème Régiment des Hussards de Bonn et sont rapidement promus lieutenants et déco­rés pour leur bravoure au feu. Robert est gravement blessé en 1916 et c'est dans un “Lazarett”, où il restera cloué pendant 3 ans, qu'il ébauchera les grandes lignes de son futur mouvement.

Ce Bund sera marqué par l'expérience de la guerre, que les Oelbermann seront loin d'exalter avec cet insupportable pathos du nationalisme chauvin de la bourgeoisie exal­tée mais non combattante. Les tranchées, affirment ces lieutenants de l'armée impé­riale hautement décorés, ont bestialisé les jeunes volontaires ; elles ont perverti leur sens de l'idéal, du sublime que leur avait lé­gué le philosophe esthétisant Julius Lang­behn. Mais malgré ce jugement sévère, porté à l'encontre d'une guerre qu'il fallait néan­moins faire jusqu'au bout par devoir, Robert Oelbermann refuse toute forme de “démo­cratisation” politicienne et irénique. Le Wandervogel doit être une école de chefs, de meneurs de “suites”, qui incarnent un idéal sublime, auquel on obéit sans condi­tion, précisément pour éviter des déraille­ments horribles comme celui que fut la Grande Guerre. Sans cette obéissance spon­tanée, librement acceptée, la masse ne sau­rait devenir peuple (Volk). Les ressortis­sants de la masse, de toute masse, ne sont que des bourgeois sans dimension verticale, tandis que les ressortissants d'un Volk sont des “chevaliers” qui aident fidèlement leurs chefs à réaliser une dimension plus sublime, plus haute, plus élevée, qui gît en germe au fond de leurs âmes.

Une optique chevaleresque

bundes10.gifDans cette optique chevaleresque, les frères Oelbermann fondent, dans le village de Ne­roth, en plein Eifel rhénan, un “ordre” se­cret, le Nerommenbund ou les “Chevaliers Rouges”, ordre qui demeure ancré au sein du vieux Wandervogel, ébranlé par la guerre et la révolution. Plus tard, cet ordre élitaire prendra le nom de Nerother Wandervogel, du nom du village où il avait été secrète­ment fondé.

D'emblée, les frères Oelbermann assignent au groupe la mission d'organiser des randon­nées de grande envergure, afin de mettre fin aux bavardages stériles des discutailleurs qui infestaient et investissaient le mouve­ment de jeunesse. “Mobilité” et “action con­crète” deviennent aussitôt les leitmotive du Bund des frères Oelbermann. Comme ail­leurs en Allemagne, l'idée d'un ordre va au­tomatiquement de pair avec la possession d'un château. Les Nerother se mettront en quête de la bâtisse idéale qui symboliserait leur “ordre”.

Dès la découverte de ce château, les Nero­ther se définiront eux-mêmes comme un groupement favorisant la création de com­munautés de paysans et d'artisans. Ces com­munautés devaient, selon les statuts du mou­vement, demeurer neutres vis-à-vis des que­relles politiques & confessionnelles qui divi­saient le peuple allemand. Mieux : en rédi­geant ses “sagesses” (Weistümer) et ses sta­tuts, Oelbermann mettait fin à la subdivision traditionnelle en groupes régionaux des mou­vements de jeunesse. L'appartenance régio­nale importait peu, seul importait l'idéal commun. Cette décision n'impliquait nulle­ment une centralisation puisque Oelbermann supprimait les cadres géographiques rigides tout en tolérant la formation de groupes d'amis autour de jeunes chefs dynamiques. Dans une même région, plusieurs groupes pouvaient ainsi coexister parallèlement, selon l'amitié qui liait leurs adhérents et selon les compatibilités d'humeur. À l'arrière-plan, selon les vœux d'Oelber­mann, la direction du mouvement pratiquait une sélection rigoureuse des membres d'éli­te, qui étaient censés devenir le noyau dur de la génération montante.

Expéditions de grande envergure ; formation d'une aristocratie juvénile

[Un groupe de Wandervögel en randonnée. Les Nerother des frères Oelbermann donneront un sens très vaste à la randonnée. Des groupes sélectionnés participeront à un tour du monde. Oelbermann séjournera aux Indes, puis organisera des « safari-films » en Afrique australe. L'image de marque principale des Nerother, c'était l'organisation de séances de cinéma, où étaient projetés les films tournés lors de ces expéditions lointaines. Ces séances attiraient des foules innombrables, à une époque où la télévision n'existait pas. L'idéal chevaleresque, imaginé par Oelbermann, se combinait ainsi avec l'utilisation appropriée des  techniques les plus modernes]

wander13.jpg
De 1919 à 1933, l'activité centrale des Ne­rother, c'était d'organiser des expéditions à l'étranger, auxquelles participaient quelque­fois 60 à 100 jeunes gens. L'ampleur de ces expéditions était unique au sein du mouve­ment de jeunesse de l'époque. Elles offraient aux jeunes la possibilité de connaître les normes de vie, les valeurs identitaires et la vie politique des autres peuples. 

Cet élargis­sement considérable des horizons, cette dé­sinstallation fructueuse, feront des Nerother une véritable élite, riche en innovations po­tentielles, qu'aucun autre mouvement n'éga­lera. Les Nerother forment dès lors une aristocratie juvénile, qui ne connaît pas les enfermements de son époque et bénéficie d'un esprit ouvert, sensible à la relativité des choses. Symbole immédiat de cette ou­verture constante : l'acquisition de nouveaux chants, venus du monde non germanique, dans le chansonnier du mouvement, pièce centrale du folklore des Wandervögel. L'inté­rêt permanent pour les choses du monde n'empêche nullement les Nerother de de­meurer des patriotes allemands ; ainsi, en 1923, en pleine occupation française, un groupe de Nerother de Coblence fait sauter une imprimerie séparatiste soutenue par l'occupant et protégée par les baïonettes sénégalaises.

Refus de toute politisation extrémiste

Les péripéties de la vie du mouvement tour­naient essentiellement autour du style à adopter. Face à l'opinion d'Oelbermann, qui voulait un système souple de chefs et de suites, unis par une foi commune, certains responsables des Nerother souhaitaient soit une démocratie interne, avec votes et remi­ses en question des chefs et des statuts, soit un regroupement classique par régions. Des scissions virent ainsi le jour, comme celle de l'Ordre des Amelungen. Ensuite, survint la période de politisation généralisée de la société allemande, où s'éclaircirent les rangs des Nerother ; les jeunes radicaux s'en­gagent dans les rangs communistes ou nazis ou sont séduits par l'Ordre SS. Oelbermann, personnellement, refuse tout extrémisme po­litique. En plein milieu de ce processus de dissolution, il persiste dans sa volonté de bâtir un “château de la jeunesse” (Jugendburg), renoue avec Karl Fischer, fondateur du Wandervogel des origines, invite le prix Nobel de littérature indien, Rabindranath Tagore, chantre de l'indépendance de son pays. Oelbermann revenait effectivement d'un long périple aux Indes et adhérait ainsi à la tradition allemande de soutenir l'indépendantisme indien, dans l'optique d'affaiblir l'impérialisme britannique et de promouvoir un idéal d'auto-détermination pour tous les peuples.

En refusant la politisation, Oelbermann vou­lait maintenir l'originalité de son mouve­ment, conserver l'ouverture su monde qui l'avait caractérisé, garder la puissance di­dactique des voyages. Dans sa IVème Sages­se, il écrit : « Vivre sa jeunesse, c'est cher­cher, lutter, croître, apprendre, combattre. Les formes se manifestent sans discontinuité et nous poussent en avant. C'est là mouve­ment. Donc : le Bund ne doit jamais se lais­ser comprimer en un seul moule, car cela signifierait qu'il ne puisse plus épouser le mouvement général du monde ». Ce principe est en contradiction fondamentale avec les règlements et le style des mouvements de jeunesse politisés. Situation qui provoquera la confrontation entre Oelbermann et ses Nerother, d'une part, Baldur von Schirach et sa HJ, d'autre part.

De l'euphorie nationaliste à la confrontation

Avant que la Gestapo ne se mêle de la que­relle Schirach/Oelbermann et ne lance une série de mesures répressives à l'encontre des adhérents du Nerother Wandervogel, l'eupho­rie de la “révolution nationale” avait inau­guré une période de trêve entre les factions rivales du nationalisme allemand. Lors des défilés de la prise du pouvoir, le 30 janvier 1933, des éléments des Nerother marchent côte à côte avec les jeunes de la HJ. Lors de la fête commémorative en l'honneur d'Albert Leo Schlageter, fusillé par les Français en 1923, Nerother et Hitlerjungen défilent conjointement dans les rues de Düsseldorf ; il est vrai que la figure de Schla­geter était honorée avec la même ferveur par les communistes, les nationalistes de gauche et les nationaux-socialistes. Radek, animateur du Komintern en Allemagne, avait rédigé un vibrant discours posthume à la gloire de Schlageter ; il sera suivi plus tard par le philosophe Heidegger.

Dès la Pentecôte 1933, où les Nerother or­ganisent leur dernier camp “légal”, les rela­tions entre la jeunesse officielle de Schirach et les Nerother se détériorent. Un mois plus tard, dans la nuit du 17 au 18 juin 1933, 200 SA et 50 HJ envahissent Burg Waldeck, le château des Nerother. Le charisme d'Oel­bermann permet d'éviter la bagarre généra­le. Turner, chef nazi local et ami des Nero­ther (son fils en était un), envoie un com­mando SS qui chasse manu militari les tru­blions. Cet incident montre combien la si­tuation était confuse, ce qui était typique pour l'Allemagne de 1933. Les nazis se bat­taient entre eux et leurs militants les plus obtus accusaient de « communisme » et d'« apatridisme » tous ceux qui ne s'alignaient pas strictement sur les règlements internes de la NSDAP. L'incident de Burg Waldeck provo­quera dans toute l'Allemagne des bagarres entre HJ et Nerother. Pour éviter le pire, Oelbermann prend la sage résolution de dis­soudre son mouvement le 22 juin 1933 et in­vite sa suite à pratiquer de l'entrisme dans la HJ et d'y imposer l'idéal dé liberté et d'ouverture-au-monde des Nerother. Les chefs les plus âgés estiment que cet entris­me est impossible et que la discipline politi­que et militariste de la HJ empêche tout déploiement culturel original. L'un d'eux, Wolf Kaiser, fonde un Ordre des Pachanten en octobre 1933, qui survivra dans l'illéga­lité.

Une lente disparition...

Les Sarrois, vivant sous protectorat français, gardent leurs unités de Nerother telles quel­les mais celles-ci sont amenées à militer dans la NSDAP clandestine, seul parti crédi­ble dans la lutte contre l'occupant. Certains Nerother de la Ruhr (Krefeld et Düsseldorf) passent, eux, au parti communiste. Le ton montera sans cesse entre les jeunes des 2 mouvements : les Nerother fascinent les HJ par leurs récits de voyage, critiquent la discipline scolaire contraire aux principes du Wandervogel des origines et obtiennent un certain succès. Les autorités du mouvement de Schirach perçoivent jalousement le dan­ger. Les accusations, souvent gratuites, fu­sent contre les Nerother: marginalité, indis­cipline, mendicité, homosexualité.

La carte de visite des Nerother, celle qui leur permettait de trouver toujours des por­tes ouvertes en Allemagne, c'était leur art d'organiser des séances cinématographiques, en projetant les films tournés lors de leurs expéditions. Ainsi, tandis qu'un Nerother purgeait une lourde peine de prison pour “subversion”, ses films étaient primés d'une médaille d'or à Berlin et d'une médaille d'argent à Budapest ! Les HJ organisaient dés chahuts monstres lors de ces séances. Karl Oelbermann part en expédition en Afrique en 1937 ; son frère Robert reste en Allema­gne, est arrêté et termine sa vie prisonnier à Dachau en 1941. Karl est interné en Afri­que du Sud en 1939 par les autorités bri­tanniques en tant que sujet allemand ; il y restera jusqu'en 1950.

Quelques unités éparses conserveront intact l'esprit des Nerother jusqu'en 1945. La tra­gédie des Nerother, ce fut d'avoir été un mouvement strictement culturel, refusant les engagements politiques trop simplistes ; et d'avoir voulu vivre et s'épanouir au-delà des clivages politiciens qui divisaient les sociétés européennes. L'intérêt de l'étude de Krolle est purement historique. À cet intérêt histo­rique, il conviendrait de mieux mettre en évidence l'apport culturel innovateur que les Nerother ont injecté dans la société alle­mande de leur temps. Cette innovation transcende les engagements politiciens, sans sombrer dans un de ces convivialismes com­merciaux dont notre après-guerre à été si friand. L'idéal chevaleresque, cette quête du beau et de l'original, cette volonté de voya­ger intelligemment en dehors des circuits touristiques, sans moyens importants, sans confort bourgeois, sont toutes attitudes juvé­niles exemplaires. Elles forment et cultivent le sens de l'initiative ; elles ont un impact didactique capital que jamais l'école, trop étriquée, machinerie trop lourde, ne pourra apporter.
Stefan Krolle, “Bündische Umtriebe”, Die Geschichte des Nerother Wandervogels vor und unter dem NS-Staat : Ein Jugendbund zwischen Konformität und Widerstand, Lit­Verlag, Münster, 1986, 155 p.
► Paru sous le pseudonyme de "Bertrand Eeckhoudt", Vouloir n°43/44, 1987.
truppe10.gif

lundi 16 décembre 2013

Interview pour Sinergeias Europeias

ommegang02.jpg


Archives de SYNERGIES EUROPEENNES - 1994
Robert STEUCKERS:

Interview pour Sinergeias Europeias (n°2)

1. Pendant l'été 1993, toute la presse européenne a parlé de la convergence entre intellectuels de droite et intellectuels de gauche. En Belgique avez-vous été la cible de cette nouvelle inquisition? A votre avis, qu'est-ce qui a fait éclater l'affaire?

L'affaire germait depuis la Guerre du Golfe, du moins en France. Un groupe d'intellectuels a eu le courage de signer un manifeste contre cette entreprise guerrière orchestrée par les Etats-Unis et l'ONU, avec la bénédiction de tous les intellectuels bien-pensants de la place de Paris, ceux qui, précisément, sont passés du «col Mao au Rotary». Alain de Benoist, le chef de file de la Nouvelle Droite était l'un des co-signataires, de même que Gisèle Halimi, Roger Garaudy, Max Gallo, Antoine Waechter (le leader des Verts), Claude Cheysson (un ancien ministre de Mitterrand), etc. Alain de Benoist apparaissait comme le seul homme de «droite» dans cet aréopage. A la suite de l'agitation pour ou contre la Guerre du Golfe, on a pu croire qu'un nouveau «Paysage Intellectuel Français» allait se dessiner, où la stricte dichotomie gauche/droite du temps de la guerre froide n'aurait plus eu sa place. La disparition de cette dichotomie a eu l'effet d'un traumatisme chez ceux qui s'étaient enfermés dans toutes les certitudes de l'Europe divisée, avaient vécu  —au sens vraiment alimentaire du terme—  des convictions, artificielles et bricolées, qu'ils affichaient sans nécessairement les ressentir, sans y croire toujours vraiment. La chute du Rideau de Fer a obligé les esprits à repenser l'Europe: chez les intellectuels bruyants du journalisme parisien, qui sont très prétentieux et peu cultivés, qui ignorent tout des langues, des littératures, de la vie politique des peuples voisins, le choc a été rude: ils apparaissaient d'un coup aux yeux de tous pour ce qu'ils sont vraiment, c'est-à-dire des provinciaux enfermés dans des préjugés d'un autre âge. Leur ressentiment, le complexe d'infériorité qu'ils cultivent avec une rancœur tenace (ce qui est pleinement justifié, parce qu'ils sont réellement inférieurs à leurs collègues européens, japonais ou américains), voilà ce qui a transparu dans la campagne de l'été 1993. Les connaissances encyclopédiques d'Alain de Benoist, sa volonté de «scientificiser» les discours politiques, les nouveaux clivages, plus subtils, moins manichéens, qui surgissaient à l'horizon, étaient sur le point de leur faire définitivement perdre la face. Ils ont voulu retarder leur déchéance et ils ont lancé cette campagne absurde. Ils ont donné libre cours à la haine qu'ils vouent depuis longtemps au «Pape» de la ND qui, malheureusement pour lui, ne cesse de commettre des maladresses psychologiques.

En Belgique, je n'ai pas été la cible d'une campagne similaire parce que la gauche et la droite ont été quasi unanimes pour condamner cette guerre, y compris dans les médias habituellement très conformistes. L'ambassadeur d'Irak, le Dr. Zaïd Haidar, a été interviewé par tous les journaux, par la radio et la télévision. J'ai eu l'occasion de prononcer une conférence à ses côtés. Le Dr. Haidar est un homme remarquable, un diplomate de la vieille école, un conciliateur né: il a fait l'admiration de tous et suscité le respect de l'ensemble de ses interlocuteurs. Ensuite, Jan Adriaenssens, un haut fonctionnaire des affaires étrangères à la retraite, a réussi de main de maître à faire renaître les sentiments anti-américains dans l'opinion publique belge, en accusant les Etats-Unis, la Grande-Bretagne et la France de jeter de l'huile sur le feu et de nuire aux intérêts de la Belgique. Même si mon pays ne brille généralement pas par l'originalité de ses positions et si le débat intellectuel y est absent, la Guerre du Golfe a été une période d'exception, où nos points de vue ont été largement partagés par les protagonistes en place sur l'échiquier politique. Nous avons donc vécu une Guerre du Golfe très différente en Belgique (et en Allemagne): l'hystérie anti-irakienne des nullités journalistiques parisiennes n'a eu prise sur personne. Qui plus est, la Belgique est le pays qui a le mieux résisté aux Américains qui insistaient lourdement pour que l'on envoie des troupes ou des avions. L'Allemagne, après le refus belge, s'est d'ailleurs alignée sur les positions de Bruxelles.

Dans l'opposition aux menées bellicistes de l'Ouest, les nationalistes de gauche et de droite se retrouvent traditionnellement dans le même camp, surtout si la France joue les va-t-'en-guerre. Automatiquement, surtout dans la partie flamande du pays, on se hérisse contre toute forme de militarisme français et l'opinion se dresse vite contre Paris, par une sorte d'atavisme. Récemment, début 1994, le journaliste flamand Frans Crols a ordonné à l'un de ses jeunes collègues, Erick Arckens, d'aller interviewer Alain de Benoist à Paris, pour faire la nique à ses homologues parisiens et pour montrer qu'il respectait les traditions: les Français persécutés chez eux ont toujours, dans l'histoire, pu librement exprimer leurs idées à Bruxelles. Alain de Benoist, persécuté en 1993, n'a pas fait exception. Alors qu'on avait oublié son existence en Belgique depuis les heures de gloire de la Nouvelle Droite (1979-80), il est réapparu soudainement dans la Galaxie Gutenberg comme un diablotin qui sort d'une boîte, comme une vieille redingote qu'on retire de la naphtaline. Ses persécuteurs ont raté leur coup en Belgique et lui ont permis de s'exprimer en toute liberté dans l'un des hebdomadaires les plus lus de la partie néerlandophone du pays.

La hargne des journalistes parisiens, qui se piquent d'être à gauche, provient sans nulle doute de l'importance considérable qu'a eue le parti communiste en France. L'enrégimentement des esprits a été en permanence à l'ordre du jour: il fallait réciter son catéchisme, ne pas désespérer Billancourt. On ne faisait plus d'analyser, plus de philosophie, on faisait de l'agit-prop, de la propagande: maintenant que la donne a changé, tout cela ne vaut plus rien. En Belgique, le PC a toujours été insignifiant, les communistes, groupusculaires, étaient la risée du peuple, qui voyait s'agiter ces pauvrets sans humour, toujours de mauvaise humeur, dépourvus de joie de vivre. Les Français ont eu des communistes puristes, qui n'avaient rien compris à la dialectique de Hegel et de Marx, qui avaient adopté cette philosophie allemande sans en comprendre les ressorts profonds. Les communistes français ont érigé le marxisme sur un piédestal comme une idole figée, de la même façon que les Jacobins et les Sans-Culottes avaient dressé un autel à Bruxelles pour la «Déesse Raison», devant la population qui croulait de rire et se moquait copieusement de cette manie ridicule. Ces idolâtries puériles ont conservé leur pendant dans les débats, même aujourd'hui: les intellectuels parisiens, bizarrement, ne s'entendent jamais sur les faits, mais sur des abstractions totalement désincarnées: ils imaginent une gauche ou une droite toutes faites, y projettent leurs fantasmes. Et ces momies conceptuelles ne changent jamais, ne se moulent pas sur le réel, n'arraisonnent pas la vie, mais demeurent, impavides, comme une pièce de musée, qui prend les poussières et se couvre de toiles d'araignée. De telles attitudes conduisent à la folie, à la schizophrénie totale, à un aveuglement navrant. La campagne de 1993 est une crise supplémentaire dans ce landerneau parisien, peuplé de sinistres imbéciles dépourvus d'humour et incapables de prendre le moindre recul par rapport à leur superstitions laïques. Ils sont inadaptés au monde actuel en pleine effervescence.

2. Mais la convergence gauche/droite est-elle une situation nouvelle?

Non. Et paradoxalement, ce sont des convergences du même ordre qui attirent encore et toujours les historiens des idées. Ce ne sont pas les conventions de la droite ou de la gauche, la répétition à satiété des mêmes leitmotive qui intéresse l'observateur, l'historien ou le politiste. Mais les fulgurances originales, les greffes uniques, les coïncidentiae oppositorum. En France, la convergence entre Sorel, Maurras, Valois et les proudhoniens en 1911 ne cesse de susciter les interrogations. L'effervescence des années 30, avec le néo-socialisme lancé par Henri De Man, Marcel Déat, Georges Lefranc, les initiatives d'un Bertrand de Jouvenel, d'un Georges Soulès (alias Abellio), etc. sont mille fois plus captivantes que tout ce que disaient et faisaient les braves suiveurs sans originalité. A long terme, les moutons sont les perdants dans la bataille des idées. Les audacieux qui vont chercher des armes dans le camp ennemi, qui confrontent directement leurs convictions à celles de leurs adversaires, qui fusionnent ce qui est apparamment hétérogène, demeurent au panthéon de la pensée. Les autres sombrent inéluctablement dans l'oubli. En Italie, le débat est plus diversifié, l'atmosphère moins étriquée: depuis près de vingt ans, depuis la fin des «années de plomb», hommes de gauche et hommes de droite ne cessent plus de dialoguer, d'approfondir la radicalité de leurs assertions, sans se renier, sans renier leur combat et celui des leurs, mais en élevant sans cesse la pensée par leurs disputationes  fécondes.

3. En Russie, en octobre 93, on a vu sur les mêmes barricades des communistes et des nationalistes. Cette situation est-elle due à l'existence d'un ennemi commun, Eltsine, où cette alliance fortuite a-t-elle des bases solides, qui lui permettront de durer?

Bien sûr, le pari qu'Eltsine a fait sur le libéralisme échevelé, sur un libéralisme sauvage qui ne respecte aucun secteur non marchand, qui refuse les héritages culturels, a immanquablement contribué au rapprochement entre communistes et nationalistes, pour qui un ensemble de valeurs non-marchandes demeure cardinal; valeurs sociales pour les uns, valeurs historiques et politiques pour les autres, valeurs culturelles pour tous. A mon avis ce rapprochement n'est pas fortuit. Il faut savoir qu'il y a eu une dimension nationale dans le bolchévisme et que Staline s'est appuyé sur ces résidus de nationalisme pour asseoir puis étendre son pouvoir. Avant son avènement, certains spéculaient sur une «monarchie bolchévique», où un Tsar serait revenu aux affaires mais en utilisant à son profit l'appareil politique, économique et social mis en place par Lénine et ses camarades. Ensuite, quand l'opposition extra-parlementaire en Occident adoptaient les modes gauchistes, le style hippy et raisonnaient au départ des travaux de Marcuse (Eros et civilisation) ou de Reich (le freudo-marxisme), la contestation russe était populiste, nationaliste et écologiste. En témoignent les œuvres de Valentin Raspoutine et de Vassili Belov. Ces auteurs déployaient une mystique des archétypes, ruinaient les arguments des idéologies progressistes, prônaient un retour aux valeurs morales de la religion orthodoxe, chantaient les valeurs de la terre russe, sans aucunement encourir les foudres du régime. Au contraire, on leur décernait le Prix Lénine, même s'ils condamnaient clairement le technicisme matérialiste du léninisme! Les libéraux, en revanche, qui prônaient une occidentalisation des mœurs politiques soviétiques, ont été mis sur la touche. Le rapprochement entre nationalistes et communistes, l'émergence d'un corpus patriotique russe au sein même des structures du régime, datent d'il y a vingt ou trente ans. La perestroïka n'a fait que donner un relief plus visible à cette convergence. Les événements tragiques d'octobre 1993 ont scellé celle-ci dans le sang. La mystique du sang des martyrs russes, tombés lors de la défense du Parlement (de la “Maison Blanche”), sera-t-elle le ciment d'un futur régime anti-libéral?

4. Cette alliance se poursuivra-t-elle après la chute d'Eltsine et des libéraux?

Les élections de décembre 93 ont introduit un facteur nouveau: le nationalisme de Jirinovski, sur lequel les observateurs se posent encore beaucoup de questions. Est-ce une formule nouvelle ou une provocation destinée à fragmenter le camp nationaliste, à isoler les communistes, à tenir à l'écart les éléments patriotiques les plus turbulents? Je crois qu'il est encore trop tôt pour répondre. Les nationalistes radicaux en tout cas rejettent Jirinovski. Au-delà de toute polarisation gauche/droite, une chose est certaine: le libéralisme est inapplicable en Russie. L'essence de la Russie, c'est d'être «autocéphale», de refuser toute détermination venue d'ailleurs. La Russie ne peut prospérer qu'en appliquant des recettes russes, ne peut guérir que si l'on applique sur ses plaies des médications russes. L'alliance anti-libérale des communistes, qui vont au nationalisme pour se guérir de leurs schémas, et des nationalistes, qui refusent la déliquescence libérale, est une formule russe, non importée. Dans ce sens, elle peut survivre à haute ou à basse intensité.

5. Une telle alliance peut-elle se transposer dans les pays occidentaux?

Ce qui est certain, c'est que le discours de la gauche classique est désormais obsolète. La rigidité communiste n'est pas adaptée à la souplesse d'organisation que permettent les nouvelles technologies. Mais, en Occident, le nombre des exclus ne cesse de croître, les clochards apparaissent même sur les bancs publics des villes riches du Nord de l'Europe continentale (Thatcher les avait déjà fait réapparaître en Angleterre). Les secteurs non marchands tombent en quenouille: l'associatif n'est plus subsidié, l'enseignement va à vau-l'eau, on n'investit pas dans l'urbanisme ou l'écologie, on ne crée pas d'emplois dans ces secteurs, la stagnation économique empêche d'accroître la fiscalité. Bref, le libéralisme cesse de bien fonctionner en Europe. Mais les structures syndicales de la sociale-démocratie restent lourdes, dépourvues de souplesse. Face au déclin, nous assistons à toutes sortes de réflexes poujadistes incomplets, qui se traduisent par des succès électoraux, suivis de stagnation. Les mécontents n'ont pas encore trouvé la formule alternative adéquate qui devra immanquablement conjuguer la souplesse administrative, calquée sur la souplesse des nouvelles technologies, aux réflexes sociaux et nationaux. Ces réflexes visent au fond à rapprocher les gouvernants des gouvernés, à trouver des formules de représentation à géométrie variable, fonctionnant dans des territoires de petites dimensions à mesures humaines. Cette nouvelle forme inédite de démocratie locale chassera la démocratie conventionnelle qui a déchu en un mécanisme purement formel. Enfin, la formation d'un bloc européen, qui se dessine à l'horizon, surtout depuis que l'Autriche, les pays scandinaves et les pays du «Groupe de Visegrad» (Hongrie, Pologne, République tchèque) ont demandé leur adhésionà la CEE, nous obligera à trouver une formule politique et sociale différente de celle des Etats-Unis, puissance avec laquelle nous entrerons inévitablement en conflit. Or cette formule doit tenir compte, pour être séduisante, des impératifs urgents que le régime actuel est incapable de résoudre: ces impériatifs sont sociaux, identitaires et écologiques.

(propos recueillis par Julio Prata).

mardi 10 décembre 2013

La RAF allemande : une analyse


La RAF allemande : une analyse

[Couverture du Spiegel pendant l'automne 1977, point culminant de l'aventure de la RAF, notamment après une des actions les plus spectaculaires de celle-ci : l'attentat contre le procureur Buback]

Les éditions Méridiens-Klincksieck ont sorti récemment une analyse du phénomène RAF (Rote Armee Fraktion) ou “Bande à Baader”, où les chapitres sur les préoccupations idéologiques du groupe ont retenu toute notre attention. Son titre : La Fraction Armée Rouge : Guérilla urbaine en Europe occidentale (Anne Steiner & Loïc Debray, 1987, 267 p.).

Pour les auteurs, l’histoire de la RAF comporte 2 phases distinctes : celle de 1970-72 et celle de 1976-77. La première de ces phases est, bien sûr, la phase de maturation où la RAF acquiert son type particulier. Une quarantaine de personnes sont à la base des infrastructures de guerilla urbaine et, phénomène caractéristique, près de 50% d’entre elles sont des femmes, qui exerceront les mêmes tâches “militaires” que les hommes, en dépit de leur maternité. Pour Anne Steiner et Loïc Debray, ce renoncement au statut de femme et de mère, élément déterminant de « l’ascétisme révolutionnaire », procède d’une hiérarchie de valeurs affirmée par les militants : le « devenir général » passe avant le « cercle individuel ». Cette intransigeance conduira les 2 vagues de la RAF au terrorisme et à l’échec.

Vient ensuite la question des générations : la RAF est-elle un phénomène de génération, comme on l’a souvent dit ? Est-elle le fait de ceux et celles dont les parents étaient jeunes adultes à l’apogée du nazisme ? L’écrasante majorité des militants est effectivement née entre 1942 et 1949 : leur petite enfance est marquée par la destruction totale de leur pays et par le désorientement des parents. En ce sens, il n’est pas faux d’affirmer que la variante terroriste de l’extrême-gauche allemande découle d’un mal-être propre à la “générations des ruines”. Le terrorisme urbain a été une part essentielle dans l’après-guerre allemand, japonais et italien, c’est-à-dire dans l’après-guerre des 3 pays vaincus de la Seconde Guerre mondiale ; même si les formes du terrorisme urbain et les formes du régime dominant avant la guerre étaient fort différentes dans chacun des 3 pays, il y a là plus qu’une coïncidence, contrairement à ce que semblent penser Steiner et Debray. 

Ce dénominateur commun de vaincu, pour nos 2 auteurs, serait fortuit, puisqu’aux États-Unis, grands vainqueurs de la Seconde Guerre mondiale, il existait également un terrorisme urbain, celui des Weathermen et de la SLA (Symbionese Liberation Army). C’est oublier que la masse des isolationnistes américains, qui n’avaient pas voulu la guerre et souhaité une autarcie américaine non-interventionniste, ont été également des vaincus en ce siècle et que l’hostilité d’hier à toute guerre contre l’Allemagne ou le Japon repose sur les mêmes principes politiques que l’hostilité à la guerre du Vietnam. 

Pas d’identité historique possible pour les militants de la RAF

En revanche, Steiner et Debray signalent à très juste titre que si les Brigades Rouges (BR) italiennes, les indépendantistes basques ou l’IRA irlandaise pouvaient se référer à une identité historique (les “partisans” pour les BR) partagée par de larges strates de la population, les militants de la RAF étaient en quelque sorte orphelins sur ce chapitre : ils ne pouvaient plus se référer au combat de l’Allemagne contre les impérialismes américain et britannique, assorti du soutien aux indépendantistes arabes et hindous et aux justicialistes latino-américains, puisque l’extrême-gauche, dont les chefs de file idéologiques avaient trouvé refuge à l’Ouest, de Londres à la Californie, n’avaient guère cultivé de traditions anti-impérialistes à cette époque cruciale de notre siècle. Malheureusement Steiner et Debray se bornent seulement à constater l’impossibilité d’une référence à une identité historique précise.


Il est juste en revanche de percevoir, chez les hommes et les femmes de la RAF comme chez un Pierre Goldmann, une aspiration existentielle/existentialiste au combat, à la lutte armée, à l’aventure révolutionnaire. Très juste aussi de dire que cette aspiration procède d’une volonté de sortir d’une situation d’apathie dans laquelle l’Allemagne s’était enlisée dans le sillage du miracle économique et de l’opulence des Golden Sixties. Les générations parentales, ex-nationales-socialistes, ont-elles dès lors été inconsciemment accusées d’avoir trahi les linéaments d’anti-impérialisme de l’ère hitlérienne et de n’en avoir retenu que les réflexes anti-communistes ou les calculs opportunistes, dépourvus de toute conscience politique forte ? La RAF, à son insu, constitue-t-elle un retour maladroit des analyses nationales révolutionnaires anti-fascistes (Paetel, Niekisch, etc.) en matière d’impérialisme, mais un retour d’emblée condamné à l’échec à cause de son déséquilibre paroxystique patent ?

Cet échec, directement prévisible, n’est-il pas dû à une absence de dimension populiste, de cœur pour le concitoyen qualunquiste, benoîtement aveuglé par les facilités du monde libéral ambiant, et à un trop-plein d’existentialisme héroïcisant et élitiste, de facture sartrienne, où le non engagé est d’office un « salaud », où le militant devient arrogant parce qu’il connaît ou croit connaître, dans son intimité personnelle, un niveau de conscience supérieur à la moyenne générale ? L’idiosyncrasie des figures de proue de la RFA est à ce sujet révélatrice : la plupart de ces figures sont des intellectuel(le)s militant(e)s dont la pensée est conséquente jusqu’au bout, au point de n’accepter aucune espèce de compromission. 

Divers courants de gauche, dont le dénominateur commun est un refus de la société libérale et marchande, cimentée de surcroît par un conservatisme rigide, quelque peu autoritaire, conformiste et anti-intellectuel, débouchent sur la stratégie terroriste du refus absolu : ainsi, l’avocat Horst Mahler, militant du SDS (Sozialistischer Deutscher Studentenbund ; ligue des étudiants socialistes allemands) et de l’APO (Außerparlamentarische Opposition ; Opposition extra-parlementaire), laboratoire de la gauche anti-dogmatique, a estimé que seul le recours au terrorisme pouvait provoquer l’avènement d’une société idéale, soustraite à tous dogmes. 

Ulrike Meinhof est, elle, une ancienne activiste du KPD (Parti communiste allemand), interdit en 1952 (1). Elle a été la rédactrice en chef du journal Konkret, organe théorique du parti. La gauche dont elle est issue n’a pas le caractère soft de l’anti-dogmatisme de l’APO/ SDS. Sa trajectoire est très classique : issue d’une famille socialiste qui avait refusé le compromis de Bad-Godesberg (2), elle adhère au KPD semi-clandestin mais refuse de militer dans le DKP, le parti qui en prend le relais après la levée de l’interdiction. Le passé de Ulrike Meinhof est un passé marqué par le communisme dur.

Ne pas se laisser déterminer par les « conditions objectives »

Gudrun Ensslin, pour sa part, est issue d’un milieu pacifiste chrétien : elle a été membre de la Jeunesse évangélique et a milité dans le mouvement anti-atomique, avant de fonder les Éditions Voltaire avec son camarade Vesper et d’adhérer au SDS. Jan-Carl Raspe incarne les nouvelles voies du gauchisme : vie en communauté, création de structures alternatives, pédagogie anti-autoritaire, etc. La motivation de Raspe est toute personnelle et d’ordre psychologique : il était sans cesse travaillé par une angoisse envahissante et avait besoin d’une sphère d’affectivité communautaire. Raspe a transposé ce désir d’affectivité à l’ensemble de la société : selon lui, les prolétaires accèderaient à un monde meilleur, plus satisfaisant, si on leur donnait l’occasion de vivre en dehors des structures individualistes de la société marchande. « Seules des expériences alternatives dans le combat politique, pourraient mettre en route les processus par lesquels l’idéologie bourgeoise et la structure psychique individualiste seraient surmontées de façon durable », écrira-t-il. 

Comme les mouvements de jeunesse du début du siècle, les quelques dizaines de militants de la RAF refusent de se laisser déterminer par les « conditions objectives » mais ne se contentent pas de leurs communautés alternatives et veulent intervenir brutalement dans l’espace bourgeois, conquérir par la violence des morceaux d’« espaces libérés » supplémentaires. Et cette violence, ultime recours de ces desperados intellectuels, ne s’est-elle pas d’autant plus facilement installée dans leurs cerveaux parce qu’aucune tempérance de nature organique et historique, aucune mémoire vectrice de nuances, ne pouvait plus se lover dans un intellect germanique après la grande lessive de la rééducation perpétrée par les psychologues-policiers de l’US Army ?

La carte terroriste a précisément été jouée par ceux qui, contrairement à Rudy Dutschke et Bernd Rabehl, n’ont pas voulu s’immerger dans le nationalisme de gauche, n’ont pas songé à recourir à l’histoire nationale, pourtant témoin de tant de luttes pour la liberté, le droit et l’égalité, pour donner à leur engagement une dimension collective concrète, même dans ses dimensions mythiques. Un langage social-révolutionnaire, propre au mouvement ouvrier, mais couplé à une mythologie nationale, aurait permis aux activistes de la RAF de conserver un lien avec les mas-ses populaires. Cela, Dutschke et Rabehl, les para-maoïstes qui dirigeaient la revue berlinoise Befreiung (Libération), l’avaient compris.

La RAF, de son côté, gardait un langage très raide, très expurgé de toute connotation historico-romantique instrumentalisable, accessible aux masses. Pourtant son constat relatif à la RFA, nous le trouvons, sous des formes variées, dans tous les discours idéologico-politiques allemands : l’Allemagne Fédérale n’a jamais eu de souveraineté et ne constitue plus un “État national” proprement dit ; elle est une zone privée d’autonomie au sein d’un système économico-politique dominé par les États-Unis ; la classe politique ouest-allemande est “fantoche” ; l’occupation militaire américaine ôte toute indépendance à la RFA, etc. 

Quel conservateur, quel nationaliste, quel socialiste, quel communiste, quel gauchiste, quel écologiste n’a pas déploré ce nanisme politique ? N’est-ce pas le démocrate-chrétien Barzel qui a résumé de la façon la plus concise la situation de son pays : « L’Allemagne ? Un géant économique et un nain politique ». Conjugaison de toutes les « conditions objectives » jugées inadmissibles, le système, expliquaient dans leurs tracts les militants de la RAF, instaure un « nouveau fascisme » qu’il s’agit de combattre. D’où leur venait cette définition du « nouveau fascisme » ? D’André Glucksmann, aujourd’hui grand défenseur de l’Occident, rénégat aux yeux d’Hocquenghem, pourfendeur de toutes les tentatives de “finlandisation” réelles ou imaginaires. Steiner et Debray ont le grand mérite de rappeler ce détail.

Le « nouveau fascisme » défini par Glucksmann

Glucksmann, en 1972, écrivait, dans Les Temps modernes, la revue de Sartre, que le « nouveau fascisme » ne vient pas de la base comme l’ancien, mais qu’il s’est au contraire imposé d’en haut : « (…) le nouveau fascisme s’appuie, comme jamais auparavant, sur la mobilisation guerrière de l’appareil d’État, il recrute moins les exclus du système impérialiste que les couches autoritaires et parasites produites par le système (…). La particularité du nouveau fascisme, c’est qu’il ne peut plus organiser directement une fraction des masses ». En d’autres mots et sans phraséologie militante pompeuse, l’intégration totale des individus à la machinerie politico-économique, l’homogénéisation des identités, l’arasement définitif des originalités, si bien perçus par Pier Paolo Pasolini le Corsaire (et avec quel style !), s’opère par des instances et du personnel d’idéologie officiellement “démocratique”, installés au pouvoir par l’anti-fascisme (armé en France et en Italie, “psychologue” et “pédagogue” en Allemagne) et revenus dans les fourgons de l’US Army ou des troupes anglo-impérialistes de Montgomery.

La contradiction, propre aux discours de la gauche militante et intellectuelle, est ici flagrante et a fini par ruiner leur crédibilité : comment peut-on baptiser « nouveau fascisme » l’ensemble des instances nées de l’anti-fascisme ? Comment peut-on se réclamer à la fois de l’anti-impérialisme et de l’anti-fascisme, alors que ce dernier n’a pu vaincre qu’avec l’appui du grand capitalisme américain et de l’impérialisme colonial britannique ? Comment faire accepter aux combattants du tiers-monde cette logique qui, en dernière instance, est américanophile ? Comment faire accepter à l’indépendantiste indien, au militant panarabe, au justicialiste argentin, au sandiniste nicaraguayen, à l’indigéniste péruvien, au martyr malgache que la logique de Roosevelt, des banquiers de la City et de Wall Street, des compagnies pétrolières ou des marchands de fruits est certes mauvaise sous les tropiques mais qu’elle a été une bénédiction pour la vieille Europe ? 

N’est-ce pas là le plus sûr moyen d’apparaître niais et schizophrène ? Glucksmann a au moins été conséquent en procédant à ses reniements successifs, quitte à se métamorphoser, aux yeux des soixante-huitards durs et purs, en un “nouveau fasciste”, selon sa propre définition ! Pasolini, quant à lui, a écrit que le fascisme ancien, mussolinien, était une broutille provinciale, comparable aux mésaventures cocasses de Don Camillo, à côté de la chape de plomb que faisait peser sur nos cultures la société marchande ; la schizophrénie de la gauche, devenue désespérément furieuse dans le chef des combattants de la RAF, est restée en-deçà de ces brillantes analyses et c’est la raison essentielle de son échec.

Mais cet échec n’est pas seulement celui du terrorisme violent, c’est l’échec de l’ensemble des forces de gauche. Le constat posé par les disciples de Baader quant à l’involution de la gauche ouest-allemande est juste : après la guerre, le SPD a neutralisé tous les courants contestataires de la RFA qui s’opposaient à l’intégration à sens unique dans la « communauté atlantique des valeurs », autrement dit dans le réseau des flux économiques déterminé depuis Washington. Avec le congrès de Bad Godesberg, le SPD admet l’intégration occidentale, abandonne toute perspective neutraliste donc toute indépendance et souveraineté ouest-allemandes, tout projet d’apaisement centre-européen, toute fonction dialoguante à l’autrichienne, toute possibilité de “troisième voie” gaullienne. 

Ce refoulement énorme, cette mise au frigo de tant d’aspirations légitimes, ancrées dans l’histoire, anciennes comme la civilisation de notre continent, n’a pu conduire qu’à l’explosion anarchique et incohérente de la révolte étudiante et, par suite, à l’épilogue navrant du terrorisme urbain. Si la stratégie terroriste ne pouvait qu’être marginale, coupée du peuple, élitiste à mauvais escient, brutale au point d’apparaître gratuite, le constat posé est exact, bien que mal formulé, et de surcroît présent partout dans les milieux intellectuels de RFA, à degrés divers, depuis les cercles conservateurs jusqu’aux activistes nationalistes et gauchistes. Le legs majeur de la RAF, ce n’est pas une lutte victorieuse, ce n’est pas une brochette de héros auréolés de gloire et vertueux (ses protagonistes sont marqués d’angoisse, de schizophrénie, d’agressivité pathologique), c’est surtout une analyse qui dit que le « nouveau fascisme », c’est la social-démocratie, celle qui a capitulé à Bad-Godesberg. 

Ce slogan contradictoire, basé sur une série de faits réels, contient précisément tous les errements, tous les refoulements, toutes les distorsions que la gauche n’a pas pu surmonter, incapable qu’elle a été de poser des constats d’ordre historique cohérents et de moduler sa praxis en conséquence. On ne fait pas de vraie politique en manipulant des concepts occasionalistes à la sauce psychanalytique et en tripotant des pseudo-arguments freudo-marxistes, où transparaissent des fantasmes sexuels incapacitants. Un retour à Dutschke et à Paetel serait sans doute une meilleure thérapeutique.
► Article paru sous le pseudonyme de "Michel Froissard", Orientations n°10, 1988.
◘ notes :

1) Dans l'histoire de la RFA, le tribunal constitutionnel a interdit jusqu'ici 2 partis qu'il a jugés « anti-constitutionnel » : le SRP (Sozialiste Reichspartei) et le KPD communiste. Introduite par le gouvernement le 22 novembre 1951, la demande d'interdiction du KPD ne sera finalement saitisfaite que le 17 août 1956 (elle sera levée le 28 juin 1968). Pour le SRP, la procédure fut plus rapide : l'interdition tomba dès le 23 octobre 1952. 

2)   Au congrès de Bad Godesberg de 1959, le SPD décidait de s'adapter à l'ordre occidental : il acceptait la constitution telle quelle et visait à la réunification dans le cadre de cette constitution ; il promettait de défendre l'ordre fondamental démocratique et avalisait la politique de défense nationale. L'aile gauche a admis avec beaucoup de diificulté ces résolutions, estimant que l'imbrication dans le système occidental n'allait pas toujours dans le sens des intérêts allemands, que la constitution, érigée en absolu, empêchait tout dialogue avec la RDA, dotée d'une constitution d'un autre type, que l'ordre fondamental n'était pas assez socialiste et que la politique de défense était déterminée par l'étranger, Washington en l'occurence. C'est sur la base de ce malaise multiforme que sont apparus les diverses formes extra-parlementaires de la gauche : révolte étudiante (APO/SDS), l'écologisme des débuts et celui actuel des Fundis (Fondamentalistes), regroupés autour de Jutta Ditfurth, et, en marge, la stratégie hard de la RAF.